„Bałtyk niesie nasz zboże
Od kaszubskich w dal wybrzeży,
Na dnie jego zagrzebany
Złotożółty bursztyn leży.” Artur Oppman
Kolejny wypoczynkowy epizod. Trzeba jakoś wybrnąć z wątku zamkniętego przedszkola 🙂 🙂 🙂 Pierwszy etap wakajek zrealizowaliśmy nad Morzem Śródziemnym. Zuza nie wyobraża sobie, aby mogło być inaczej, zatem przy kolejnym wakacyjnym podejściu udajemy się nad Bałtyk. Tym razem przemieszczamy się tak, jak uwielbiam najbardziej – dosiadam mojego skrzydlatego Pegaza. Odpalamy van life. Jest moc. Relacja poniżej.
Trasa w skrócie:
Długość: 1736 km (w tym auto zastępcze: 469 km)
Silex: 306,58 km
Czas podróży: 15 dni
Po raz kolejny uzmysławiam sobie, że uwielbiam witać świt za „fajerą”. Wewnętrzny Piotruś Pan jest w swojej Nibylandii.
Jest bajecznie.
Gra muzyczka.
Na tylnej kanapie drzemie Rodzinka.
Za chwil parę połączę siły z Przyjacielem. Jest po prostu pięknie …
Wzruszenie mnie ogarnia gdy dostrzegam w Adasiu mój pierwiastek. Gdy chłonę narastającą ekscytację Syna w związku z nadciągającą przygodą. Po prostu epicko…
Pierwsze miejsce, do którego docieramy to Pole namiotowe „Leśne” w Dębkach. W układzie 2+1 z opcją podłączenia do prądu i noclegiem w Vw T4 122 zł / doba (uwzględnione także opłaty klimatyczne). Kemping usytuowany w lesie. Słaby zasięg daje możliwość pozbycia się mobilnych urządzeń. Sanitariaty poprawne. Natryski na żetony – za 5 zł mamy 6 minut pod prysznicem. Wystarczająca ilość saniatariatów. WiFi działające jedynie w bliskim sąsiedztwie recepcji. Uczynny i pomocny personel. Niestety płatność tylko gotówką.
Powoli staje się to tradycją. Spotkanie z Bartem gdzieś w Polsce. Była Iłża w trakcie Majówki, Pomiechówek w pierwszy weekend wakacji 2025. Czy wcześniej Pajda Mazur. Tym razem Kaszuby.
Skoro doszło do spotkania na szczycie 🙂 🙂 🙂 i to w naszej pięknej Polsce, czas zakręcić korbą. Przede mną wypad rowerowy z Bartoszem. Sama słodycz. Motywem przewodnim dzisiejszej rowerowej wycieczki jest objechanie rynnowego Jeziora Żarnowieckiego. Rzecz jasna zaliczając po drodze interesujące atrakcje turystyczne. Trasa z zasady niby krótka (łącznie wyszło 66,50 km), ale obfita w niezwykłe obiekty. Podjeżdżam do Prusewa i startujemy.
Pierwszy przystanek realizujemy przy Zagrodzie gburskiej i rybackiej w Nadolu (Oddział Muzeum Ziemi Puckiej „Zagroda Gburska i Rybacka”). Niezmiennie w wolnych chwilach delektuję się wątkami etnograficznymi. Pozostaje niedosyt, że nie udało się zwiedzić muzeum wewnątrz – niestety z racji poniedziałku pocałowaliśmy klamkę.
Rzecz jasna nie odmówiliśmy sobie przyjemności wiążącej się z wdrapaniem się na szczyt wieży widokowej (świetnie przygotowana infrastruktura pod turystów), by podziwiać widok na górny zbiornik elektrowni i okolicy. Założenie elektrowni powstało w miejscu zlikwidowanej wsi Kartoszyno. Początkowo miało służyć jako zaplecze dla mającej powstać elektrowni atomowej. W chwili obecnej Elektrownia Wodna Żarnowiec jest największą elektrownią szczytowo-pompową w Polsce.
Jej budowa trwała dekadę i została uruchomiona w 1983 roku. W skład elektrowni wchodzi tzw. zbiornik górny, twór całkowicie sztuczny. Pełni funkcję akumulatora energii elektrycznej w ilości 3,6 mln kWh. Imponuje bowiem przez 5,5 godziny – ilością wody, którą zawiera – może zasilać system elektroenergetyczny mocą 716 MW (w zimowym szczycie wieczornym całe województwo pomorskie najwyższe zapotrzebowanie energetyczne generuje na poziomie 600 MW). Zaś dno zbiornika pomieściłoby 130 boisk piłkarskich. Wodę do pompoturbin doprowadzają 4 rurociągi o długości 1100 metrów każdy. Maksymalny przepływ tymi rurociagami wynosi 700 m3/s, czyli tyle, ile wynosi średni roczny przepływ Wisły w okolicach Syreniego Grodu.
Zainteresowanie może wzbudzać także sam budynek siłowni elektrowni o wysokości ponad 60 metrów, z czego 2/3 znajduje się pod ziemią. W jego sercu, na poziomie 17 metrów poniżej poziomu morza mieszczą się 4 turbiny o szerokości wirników 6 metrów. W ruch wprawia je przepływająca woda, co powoduje napędzenie istnego kolosa – hydrogeneratora, którego wirnik waży ponad 420 ton. Jezioro Żarnowieckie zaś – w pełni naturalne – stanowi dolny zbiornik elektrowni. Elektrownia zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Będę chciał wrócić w te okolice by zwiedzić ją wewnątrz.
Następnie kręcimy korbą w stronę opuszczonej Elektrowni jądrowej Żarnowiec. Patrzymy na zmarnowane 2 miliardy dolarów. Za nami Ośrodek pomiarów zewnętrznych.
Nie wiem czemu, ale spoglądając na elektrownię – w zasadzie na jej ruinkę – ogarnął mnie jakiś sentyment. Pewnie dlatego, że została uruchomiona w 1982 roku 🙂 🙂 🙂 Miejsce skłania do refleksji nad straconą szansą i zmarnowanym ogromnym kapitałem. Szkoda…
Grodzisko „Góra Zamkowa” – gród ziemno-drewniany. Typowe grodzisko wyżynne o pierścieniowatym układzie. Warto było wspiąć się na wzgórze, aby poczuć powiew minionych czasów. Było tak stromo, iż musieliśmy pozostawić rowery pod jednym z drzew.
Wielka radość, satysfakcja i wdzięczność za wspólne kręcenie korbą z Przyjacielem. Finałowa kawa ze słodkościami w tle.
W Prusewie miałem przyjemność być świadkiem wspaniałości natury. Uwielbiam łapać takie momenty.
Z Dębkami żegnamy się zachodem słońca na plaży.
Niestety nie udało nam się zwiedzić okrętu podwodnego ORP Sokół. Ilość chętnych przerosła moje wyobrażenia. I niestety brak opcji kupienia biletów online na wyznaczoną godzinę pogrzebał wszelkie nadzieje. Szybka zmiana planów i totalnie zmieniamy narrację. Przenosimy się do czasów jeszcze sprzed Mieszka I. Wkraczamy do Osady Słowiańskiej Sławutowo.
Adaś dziarsko słucha, pogłębiając wiedzę na temat Słowian.
Świetnie spędzony czas. Ciekawie przygotowana opcja zwiedzania. Nieco ponad dwie godzinki słuchania na temat słowiańskiej społeczności zasiedlającej te tereny w okresie średniowiecza.
Pojawiły się także podpłomyki. W moim wydaniu w opcji z mięskiem, w Adasia zaś z miodkiem.
Ponownie wkraczamy do labiryntu (wcześniej w podwarszawskim Milanówku). Tym razem wklejamy naklejki. Najważniejsze, że Synuś świetnie się bawi.
Niezmiennie wszystko płynie, zmiana dokonuje się na naszych oczach. Nie mniej jednak nasza tradycja została podtrzymana. Nie w okolicach Bożego Ciała, jak to miało miejsce ostatnimi laty (2024, 2023, 2022, 2021, 2020, 2019) a w sierpniu zjeżdżamy się w Kątach Rybackich. Pośród Przyjaciół spędzamy wartościowe chwile. Są to momenty w roku, na które wyczekuję z dużym utęsknieniem. Dobra energia buzuje wówczas w powietrzu a my mamy poczucie, że tworzymy coś wyjątkowego.
Skoro ponownie Kąty Rybackie nie mogło zabraknąć kręcenia korbą. Pierwsza wycieczka R10 do Mikoszewa.
Jedziemy przywitać się z Królową polskich rzek.
Tym sposobem cała ścieżka rowerowa po Mierzei zaliczona (w zeszłym roku było kręcenie do Piasków).
Była zdana matura to i pojawiła się celebracja w formie wspólnego wypadu. Tak, jak lubimy najbardziej, nie materializm a wspólnie przeżyte chwile. W trakcie pobytu w Kątach Rybackich dojeżdża do nas Jakub.
Najniżej położony punkt w Polsce zaliczony. W ramach drugiej wycieczki rowerowej w trakcie pobytu na Mierzei Wiślanej pojawiamy się również tutaj.
Cudowny przystanek w trakcie kręcenia korbą. Zawsze będę podkreślał, że wspólne konsumowanie to wspaniała sprawa. A do tego w takich okolicznościach, jak w Gospodzie Mały Holender, to już w ogóle. Sztos. Niezwykle klimatyczne miejsce.
Wracamy do naszej kątowskiej bazy. Bart zarządził kolację w regionalnym stylu
Na stół wjechała kiszka ziemniaczana. Smacznie było.
Nieprawdopodobna sytuacja – pierwsze wspólne kręcenie korbą z… Jakubem.
W ramach spotkań z historią udajemy się do Muzeum w Sztutowie.
Jestem tutaj po raz drugi i ponownie wrażenia miażdżące…
W trakcie mojej wyprawy z Jakubem Adaś odwiedza Muzeum Zalewu Wiślanego.
Mimo wysokich cen nie odpuściliśmy rybki. Zawitaliśmy do Kormorana – dawno nas tutaj nie było. Ogarnia mnie sentyment – to było pierwsze miejsce, w jakim konsumowaliśmy rybkę przy debiutanckiej wizycie w Kątach Rybackich. Kuba postawił na dorsza, my na sandacza. Adaś na… schabowego.
Żegnamy się z Bałtykiem, nie mniej jednak kontynuujemy podróżniczy wątek i przemieszczamy się na Podlasie. Tęskno mi było do życia w drodze. Do van life kreowanego na moich zasadach.
Więcej.
Głębiej.
W towarzystwie zrozumienia.
Z akceptacją upływającego czasu.
Ze świadomością dokonującej się zmiany.
Jesteśmy, trwamy, chłoniemy dane nam chwile. Nie wiemy bowiem, co czeka na nas za następnym zakrętem
Carpe diem…
Po drodze przystanek w Ełku. Tym razem działam biznesowo na rowerze. Spoglądam na Ełk z perspektywy Silexa. Podczas pracy Rodzinka się regeneruje. W Ełku spotkaliśmy się z Kopernikiem. Ciekawie zaprojektowana przestrzeń miejska, na którą składa się Park Nauki. Warto wybrać się tutaj w ramach rodzinnego spaceru.
Spodobało nam się podczas Bożego Ciała. Ponownie okopujemy się w Augustowie.
Tym razem w opcji wynajętego apartamentu. Wówczas nad Jeziorem Sajno, teraz nad Jeziorem Necko.
Trasa na którą długo czekałem. 🙂 🙂 🙂 Rześkim porankiem, acz słonecznym, pośród serenad przyrody ruszam przed siebie. W czerwcu objeżdżałem Jezioro Sajno i Jezioro Białe Augustowskie. Czas na Jezioro Necko 🙂 🙂 🙂
Suwałki mają dobrze rozbudowaną infrastrukturę rowerową. Dobrze działało mi się tutaj biznesowo z perspektywy Silexa.
Skoro Podlasie to koniki i bydło. Cieszę oczy sielskimi widokami. Magia pejzażu, małych wioseczek przez które przejeżdżam czy też cudnej natury.
Płyniemy statkiem Serwy Augustów, tym samym na którym gościł Jan Paweł II. Godzinny rejs na szlaku: Netta, Jezioro Necko, Jezioro Rospuda i powrót tą samą trasą.
Adaś dochowuje lokalnej tradycji i rzuca gałązką jemioły, by okryć Gołą Zośkę. W czerwcu oglądałem Gołą Zośkę z perspektywy lądu, teraz czas na zmianę punktu widzenia. Spoglądam na nią z wody.
Pałac na wodzie i lodzie biorące udział w wyścigu na byle czym.
Gofrów nigdy dość… 🙂 🙂 🙂
A na imię miała Beata… Przemierzając uliczkami Augustowa przysiadamy na chwilę na ławeczce, by pokontemplować nad lokalnym folklorem. Miło usiąść obok dziewczyny z Albatrosa 🙂
Po kilku relaksacyjnych dniach pora dosiąść Pegaza i skierować się dalej. Niestety nie mogę uruchomić auta. Korzystamy z pakietu assistance i z poślizgiem ruszamy dalej. Kolejną destynację stanowi Warmia. Na weekend zamykający obecny trip zjeżdżamy do Burdąga. Mamy czas by poobcować z Rodzinką.
Skoro jestem tak blisko nie mogłem sobie odmówić przyjemności spotkania z… Krzysztofem. Pewne relacje warto pielęgnować. Na szybkie spotkanie z Krzyśkiem udałem się autem zastępczym. W końcu relacje z ludźmi są niezmiernie ważne.
Tym razem Warmia objawia nam się jako kraina ślimaków:-) 🙂 🙂 Z pozoru zwykły spacer po lesie może być świetną przygodą. Na odcinku kilkuset metrów Adaś naliczył ponad 40 czarnych ślimaków. Pojawiały się także winniczki.
Przy porannej kawusi cieszy oczy widok wiewiórki konsumującej śniadanko.
Generalnie chłoniemy atmosferę ciszy i spokoju.
W związku z naszą rocznicą, która wypadła w trakcie wyprawy i faktem pozostawienia Synusia u Dziadków w drodze powrotnej realizujemy randkę w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze Górnej.
Najpierw wstępujemy do tutejszego pałacyku.
Następnie powozownia.
Budynek dworu.
Mefistofeles siedzący na skale.
Wenus Kallipygos.
Mickiewicz budzący geniusza poezji.
Zatracamy się w romantycznym tonie.
Oranżeria.
Trwamy niczym dęby. Za nami pomnik przyrody „Zygmunt” i „Eliza”.
Przy popiersiu Fryderyka Chopina zatrzymujemy się na chwilę.
To było wspaniałe 15 dni w drodze. To także czas, w którym mogłem utonąć w morzu dźwięków. Raczyć swe uszy ukochanymi utworami. Penetrowaliśmy cudne tereny Kraju nad Wisłą. Spacerowym krokiem nieco kilometrów się nabiło: 49,56. Satysfakcjonująco przeplatałem czas wolny spędzany z Rodzinką, zwiedzaniem, własnym hobby i pracą. Po raz kolejny w boju utwierdziłem się w przekonaniu, że kluczowe jest umiejętne zarządzanie sobą w czasie.
Było otwarte morze, Zatoka Gdańska, Zalew Wiślany, jeziora: Żarnowieckie, Necko, Rospuda i Małszewskie ale przede wszystkim magiczne Podlasie. Skorzystaliśmy w pełni z frajdy jaką oferuje van life. Po prostu tak, jak kocham najbardziej. Jednak czas wrócić do rzeczywistości. Naładowani wracamy do Syreniego Grodu i Działamy Działamy dalej.





















































































































