„Hiszpanie to nie tyle kraj, co raczej idea, a tak naprawdę zbiorowisko regionów o wyrazistej tożsamości.” Drew Launay
Pora na rodzinny wywczas. Projekt wakajki 2025 czas start!!! Tym razem stawiamy na hiszpańskie klimaty. Odkrywamy Costa Blanca. Relacja poniżej.
Orihuela – to tutaj w Flamenca Village – mamy tymczasowe wakacyjne mieszkanko. Doskonała infrastruktura. Baseny, jacuzzi, strefa relaksu, siłownia, nawet bar. Plac zabaw dla dzieci. Rzecz jasna klimatyzowany apartament, w którym możemy się zaszyć uciekając przed srogimi hiszpańskimi upałami. Wynajęty samochód parkowaliśmy na podziemnym parkingu. Pełna wygoda i komfort. Nic tylko wypoczywać.
Zwiedzanie rozpoczynamy od Elche (Elx) – przechadzamy się po tutejszym miasteczku. Kościół Najświętszej Marii Panny (Basilica de Santa Maria) wzniesiony w miejscu starego meczetu i kilku świątyń chrześcijanskich.
Pałac Altamira (Palacio de Altamira) w obecnej formie pochodzący z XV w a swymi korzeniami sięgający XI w.
Gaj palmowy wpisany na listę UNESCO. Największe skupisko palm w Europie. Niezmiennie daje cień w upalne dni już od czasów starożytności. Samo miasto pamięta Fenicjan czy Rzymian, tak liczne palmy zaś podziwiamy za sprawą Maurów.
Zawieszamy także oko na systemie nawadniania – rzecz jasna wciąż funkcjonujący – jego powstanie miasto także zawdzięcza Maurom. Projekt Vibora (Proyecto Vibora) – największy na świecie mural. Liczy sobie 14 metrów szerokości i 1200 metrów długości. Zlokalizowany w korycie rzeki Vinalopo. Projekt Żmija tak się spodobał, że zrealizowano drugie podejście do wspólnego malowania. Finał cieszy oko do tej pory.
Playa Flamenca – najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Jednak bez szału. W trakcie wchodzenia trzeba uważać na liczne kamienie, które mogą pokaleczyć nogi. Strzeżona przez ratowników. Ciepła woda jednak zachęca do zanurzania się i zabawy z morskimi falami. Aczkolwiek z nadbałtyckimi plażami ciężko iść w konkury.
Kartagena (Cartagena) – miejscowość lokowana na śródziemnomorskiej Costa Calida.
Tutejsze ruiny teatru rzymskiego – obok teatru w Meridzie – są jednym z najważniejszych zabytków tego typu w Hiszpanii. Uwielbiam takie klimaty. Z przyjemnością przyłożyłem ucho do wiekowych kamieni składających się na Forum Romanum. Uruchomiłem wyobraźnię, by przenieść się kilka wieków wstecz. Wraz z Synem wizualizujemy sobie, jak to drzewiej mogło wyglądać. Solidna dawka historii. Piękny wymiar podróży w czasie, do I w p.ne. Tutaj z pewnością można odetchnąć starożytnością.
W Parku Torres odwiedzamy Castillo de la Concepcion – usytuowany na wzgórzu spełniał funkcje obronne dla Kartagińczyków, Rzymian, Wizygotów, Arabów i Kastalijczyków. Obecnie mieści Centrum Interpretacji Historii Średniowiecznej Kartageny. Skoro jesteśmy na zamku nie zabrakło rycerzy…
Adasia najbardziej ucieszyła czasowa wystawa na którą się natknęliśmy, poświęcona genialnemu odkrywcy, jakim był Leonardo da Vinci.
Uciekamy przed upałami. Skrywamy się w Jaskini Canelobre (Cueva de Canelobre/Cova dels Canelobres), która zawiera naturalne skarby liczące sobie 145 milionów lat. Położona na wysokości 700 m n.p.m. na północnym zboczu pasma Cabeco D Or. Ciekawy pomysł z podświetlenim skał. Generalnie rzecz biorąc była to inspirująca przygoda.
Punkt widokowy przed wejściem do jaskini zapiera dech w piersi. Synek stał się właścicielem swego pierwszego w życiu amuletu. Czas niezmiennie uzmysławia nam swój wartki bieg…
Villajoyosa to bardzo klimatyczne miasteczko. Mimo dużego upału sympatycznie spacerowało się tutejszą promenadą. Połączenie szumu morza z palmową aleją i kolorowymi domami stanowi świetny miks cieszący zmysły. W takim klimacie można wypoczywać.
Playa de la Zenia – całkiem przyjemna plaża. Strzeżona przez ratowników. Dobre, łagodne wejście. Łagodne, piaszczyste dno. Minusem jest relatywnie duże zatłoczenie.
Początki Alicante, uchodzącego za stolicę „białego wybrzeża”, sięgają czasów starożytnych.
Kolejna warownia na naszym turystycznym szlaku. Docieramy tam najpierw tunelem a następnie wjeżdżamy windą.
Atakujemy zamek św. Barbary (Castillo de Santa Barbara), który wznieśli Maurowie w XI w.
Widok z zamku robi robotę. Coś niebywałego – z jednej strony góry, z drugiej zaś nieprawdopodobny pejzaż Morza Śródziemnego.
Miło się człowiekowi robi gdy spotyka motywy związane ze swoimi muzycznymi idolami.
W restauracji Los Porrones przystajemy aby skosztować lokalnych specjałów. Rzecz jasna zamawiamy paelle.
Pojawiamy się na deptaku La Explanada de Espana. Tutejsza promenada nad morzem to istna petarda. Dwa rzędy palm w połączeniu z posadzką prezentują się okazale. Szkoda tylko, że za towarzyszkę służy ruchliwa arteria miejska.
Ten czas, nasz wspólny… po raz kolejny w działaniu uzmysłowiłem sobie, że zejście do poziomu Adasia i całkowite oddanie się wspólnej zabawie błyskawicznie regeneruje mój umysł.
Kręcę korbą ze Szwagierkiem w stronę Laguna Salada de la Mata.
Flamingi cieszyły oczy. Podjechaliśmy do nich niemalże na wyciągnięcie ręki. Epickie doznanie, zwłaszcza że w tle przegrywały nam cykady.
Lago Rosa de Torrevieja – Różowe jeziorko – zaliczone.
Faktycznie ilość soli jest pokaźna …
Fajna, zmieniająca się traska. Był asfalt, szuter, piasek, spieczona słońcem gleba, wąskie ścieżki na których lokalna roślinność intensywnie się o nas ocierała. Interesująca była jazda poprzez cytrynowy sad. Generalnie na tych kilkudziesięciu kilometrach można było delektować się sporą ilością endorfin. Mimo skrzypiących tarcz hamulcowych, źle wyregulowanych przerzutek i słabo przygotowanych rowerów z wypożyczalni (Bike experience) zabawa była przednia. Konkludując: świetna przygoda ze Szwagierkiem. Odczuwam wdzięczność za otaczających mnie ludzi. Epicko, że w członku rodziny- szwagrze – możesz mieć kumpla, przyjaciela, ziomka z którym dzielisz wspólne pasje…
Odbijamy do San Pedro, by przystanąć przy Mirador Charcas Rosadas. Różowe jeziorka robią duże wrażenie.
Kolejne spotkanie z flamingami. Tym razem z rodzinką w komplecie.
Faro Cabo de Palos – cieszę się, że udało nam się dotrzeć do tej latarni morskiej. Wchodzimy na skalisty cypel. Tutejsze widoki są niesamowite. To jedno z tych zjawiskowych miejsc, gdzie warto przystanąć i ciesząc oczy chłonąć chwilę. Jest epicko.
Playa del Banco del Tabal póki co najfajniejsza z plaż na jakie trafiliśmy w trakcie tegorocznych wakacyjnych wojaży. Zdecydowanie warto było pokonać ponad 3000 km, aby trafić na tego typu plażę. Brak parawanów, mało ludzi w pobliżu, ogromna przestrzeń jaką możemy anektować. Infrastruktura przygotowana pod turystów. Szum ciepłego morza z krystalicznie czystą wodą. I ten błękit… Magia w czystym wydaniu. Plaża także monitorowana przez ratowników.
Adaś kontynuuje proces zainicjowany podczas wojaży po Podlasiu, w trakcie Bożego Ciała. Ponownie osobiście wypisuje kartki pocztowe po czym je nadaje. 🙂 Ja zaś raczę się widokiem Synka. Cieszy mnie dokonujący się rozwój.
Wspólna konsumpcja zawsze mnie mega raduje.
Niemożliwe nie istnieje. Mimo bogatych planów urlopowych daliśmy radę… polecieć w kosmos 🙂 🙂 🙂
Dziewczyny z dzieciakami samolotem.
My, ze Szwagierkiem, autem. Nakręcone prawie 6 tysięcy kilometrów. Do tego auto z wypożyczalni Click rent na lokalne wojaże. Dodatkowo pękło ponad 865 km.
Na wakajkach nie mogło także zabraknąć kręcenia korbą. Nakręcone nieco ponad 60 km. Spacerując z dzieciakami udeptaliśmy ponad 55 km.
Drogę, potrzebę jej pokonywania ma się jednak we krwi. Radość wynikająca z kręcenia kolejnych kilometrów to stan umysłu. Tak, czy siak, uwielbiam wielowymiarowo wietrzyć swój umysł.
Hiszpania ma w sobie coś niebywałego. Tajemniczy magnes ściągający ku sobie miłośników przygody. Poza walorami przyrodniczymi oraz obiektami zabytkowymi Hiszpania w mych oczach jawi się bardzo dualistycznie. Z jednej strony spora ilość inwestycji pod turystów, z drugiej zaś lokalna zabudowa, która lata świetności dawno ma za sobą. Do tego dużo śmieci walających sìę po okolicach. Momentami wręcz czuć mocne akcenty biedy. Rano w Torrevieji wałęsające się koty. W Orihuela – która stanowiła naszą bazę wypadową – także kręciły sìę kocie bandy.
Dobra energia, a przede wszystkim wspólnie skonsumowany czas. Chwile przepełnione pięknem. Udało się zatrzymać nieco umykających ziarenek piasku i zapisać na kartach naszych życiowych ksiąg. Jak każda przygoda – tak i ta – ma swój kres. To było zacne 18 dni wakacyjnej przygody. Wracamy zainspirowani do podjęcia następnych wyzwań. W głowie już kiełkują kolejne wizje. Działamy Działamy dalej.































































































