WAKAJKI W TOKU

„Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! (…)” Adam Mickiewicz

Pierwszy etap wakajek realizowaliśmy w lipcu. Było mocno spontanicznie. W sierpniu w systemie hybrydowym. Przeplatając wątki. Zaplanowany co do minuty niemalże każdy dzień 🙂 🙂 🙂 Na początek Adaś spędza czas z Dziadkami. Zaczynamy zatem od Mazur. Potem ruszamy za Bug. Przekraczamy magiczną dla mnie granicę… Generalnie stawiamy na wieloaspektowy turystyczny wymiar w poszukiwaniu balansu. Relacja poniżej.

Przyjemność wynikająca ze wspólnie przeżywanych chwil.

W Burdągu spędzamy chwile nad Jeziorem Małszewskim.

W zeszłym roku musiałem zmodyfikować plany z racji awarii Pegaza. Tym razem dopiąłem swego. Rowerowe odwiedziny u Krzyśka zaliczone. Energia… jej przepływ między ludźmi. Czasem pozytywnie, niekiedy negatywnie. Ważne by w codzienności robić swoje i dbać o balans. Inaczej niezmiernie ciężko będzie czerpać pełnię radości.

Sama traska malownicza, pośród pięknych okoliczności przyrody. Tutejsze jeziora nieprawdopodobnie cieszą oczy. Satysfakcjonująco pokręcone, łącznie wyszły 83 km. Rzecz jasna nie zabrakło turystycznych akcentów. Sowiecki wątek pojawił się w trakcie turystycznego kręcenia się po Łotwie (Irbene). Powracam do wątku w trakcie kręcenia korbą w stronę Olsztyna. Naprędce spoglądam na to, co pozostało po tzw. Leśniczówce Breżniewa.

Uroki dzikiej przyrody… Uwielbiam uwieczniać takie moment. Matka Natura ofiarowuje niewyczerpywalne zasoby energii.

Wieczór nad jeziorem może zapierać dech w piersi…

Tego rodzaju budzik to ja rozumiem. Chociaż wolałbym nieco dłużej pospać 🙂

My, barany charakteryzujemy się uporem i konsekwencją w działaniu stąd też nawet podczas wakajek robimy swoje. Ojciec i syn wskakują na rowery by kontynuować realizację dwóch projektów: objeżdżanie jezior i… urbex.

Adasia nie opuszcza poczucie humoru… Na zdjęciu udaje Shreka 🙂 🙂 🙂

Przystanek przy pasących się koniach niezmiernie ucieszył nas obu.

Turystycznie zaliczamy poniemiecki bunkier z czasów II wojny światowej. Niewielki nie mniej jednak klimatyczny. Warto było zrealizować tutaj krótki przystanek.

Nie ma jak przygodowy koktajl zaserwowany przez ojca: była złość, upadek, rowerowy hol, podjazdy (ponad 160 metrów), zjazdy, dużo piachu i prowadzenie roweru, piękne widoki, poczucie satysfakcji i na deser padający deszcz. Jezioro Małszewskie mamy zaliczone 🙂 Wspólnie nakręcone lekko ponad 20 km.

Niezmiennie w wolnych chwilach króluje piłka nożna dzięki czemu nie ma pustych przelotów.

Spinamy klamrą wypoczynkowe wątki – kilka dni w domku nad jeziorem. W suwalskiej głuszy… daleko od cywilizacyjnego zgiełku. Na magicznym Podlasiu. W wewnętrznym kręgu. Razem bowiem razem najlepiej. Chłonę ciszę, czuję matkę naturę, oddycham rodzinną chwilą.

W pierwszej części wakajek udawało nam się ślizgać z aurą. Tym razem pogoda nas nie rozpieszcza. Smagani deszczem kombinujemy z atrakcjami. Jak to ujął Adaś „leje jak z cebrzyka„. Skoro Suwalszczyzna przywitała nas deszczem pora na plan B. Jak zawsze wszystko jest kwestią podejścia do wyzwań jakie serwuje nam codzienność. 🙂 Z nieukrywaną przyjemnością wracamy do Wigierskiego Parku Narodowego (od ostatniej wizyty minęły już trzy lata). Zaczynamy od Muzeum Wigier.

Epoka lodowcowa wzbudziła sporo zainteresowania.

Próba rozpalenia ogniska.

Schodzimy pod wodę, by zaznajomić się, co skrywa Jezioro Wigry. Generalnie rzecz biorąc świetny pomysł twórców placówki.

Batyskaf pobudzał wyobraźnię…

Mamy możliwość spojrzeć przez mikroskop na mikroświat wokół nas.

Następnie przenosimy się na ląd z opcją zadarcia głowy w niebo. Zaznajamiamy się z lokalną fauną i florą. Na początek sprawdzamy jak wygląda żeremie bobra.

Wsłuchujemy się z uwagą w odgłosy ptaków.

Leśne echa – totalny sztos!! Cała nasza trójka bawiła się przednio. Do tego ten obłędny wilczy skowyt.

W wielu muzeach przypominamy sobie kto stanowi największe zagrożenie dla istniejących ekosystemów…

Na deser piękna wystawa prac fotograficznych.

Ciekawie spędzony czas i tym samym udana walka z deszczową aurą. To także kolejna zacna wizyta w Wigierskim Parku Narodowym. Inspirująco zaaranżowana przestrzeń muzealna. Adaś przejawiał zainteresowanie wieloma tutejszymi eksponatami. Mogliśmy zgłębić wiedzę na temat Wigierskiego Parku Narodowego. Adaś miał możliwość dotykania wybranych eksponatów, trasa zwiedzania różnorodna. Z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Będąc w Suwałkach jedynie przywitaliśmy się z Marią Konopnicką. Szerzej zakrojoną akcję wiążącą się z poszukiwaniem krasnoludków przeprowadzimy następnym razem. Podążanie bajkowym szlakiem wpisujemy na listę.

Stawiamy na regionalne atrakcje kulinarne i odwiedzamy najstarszą restaurację na Suwalszczyźnie – Pod Jelonkiem. W sumie jedzenie poprawne, ale… bez szału. O stynkach więcej się na czytałem niż cieszyłem smakiem. Te zaserwowane raczej przypominały odgrzewane niż świeżutkie, swym chrupkim aromatem delektującym podniebienie.

Niby to tylko samochód, ale to dzięki Pegazowi mam cały swój swój świat w zasięgu ręki.
Tylko ten moment…
Ta chwila…
Tutejsze widoki zapierają dech w piersi. Okoliczne odcienie zieleni są niemalże bajkowe. Mimo padającego deszczu 🙂 🙂 🙂

Błogie chwile, wypełnione relaksacyjną nutą nad Jeziorem Szelment Wielki.

Wsiadamy na rowery i jedziemy obejrzeć Grodzisko Jaćwingów. Uruchamiamy wyobraźnię by zobrazować sobie jak to drzewiej mogło wyglądać.

Obecny wyjazd to także świetna okazja ku temu, by zakończyć projekt: Litwa – Łotwa – Estonia. W lipcu był Tallin i Ryga brakowało nam do pełni szczęścia litewskiej stolicy. Obieramy kierunek: Wilno.

Startujemy od udania się na wzgórze, na którym znajduje się Zamek Górny i Baszta Giedymina. Rozpoczynamy od kolebki. To właśnie na tym wzniesieniu zaczęła się historia Wilna. Przenosimy się do XIV wieku. Pierwotnie zamek był drewniany, następnie murowany. Wzniesiony na nowo, po spaleniu, przez Witolda. Warownia wraz z trzykondygnacyjnym pałacem oraz kościołem św. Marcina stanowiła siedzibę wielkich książąt litewskich.

W ramach atrakcji korzystamy z wjazdu kolejką.

Odwiedzamy skromne Muzeum Zamku Górnego mieszczące się wieży zachodniej (Baszcie Giedymina). Adaś wnikliwie przygląda się eksponatom, zwłaszcza żelaznemu wilkowi.

Warownia jest w procesie odbudowy. Spacerujemy chwilę w obrębie murów obronnych. Stojący tu wilk zapewne nawiązuje do legendy głoszącej, iż na wzgórzu tym podczas polowania znużony usnął książę litewski Giedymin. W trakcie snu zjawił się żelazny wilk. Kapłani wytłumaczyli, jakoby miał on symbolizować potężny zamek, jaki powinien zostać wzniesiony w tym miejscu, a wycie zwierzęcia oznacza wielką sławę Grodu…

Pomnik Giedymina – obowiązkowa pozycja do odwiedzenia.

Napełniamy brzuchy lokalną strawą. Rzecz jasna Cepeliny muszą być. Oczywiście w miejscu, gdzie konsumują autochtoni. 🙂 🙂 🙂

Ku wielkiej uciesze Adasia udajemy się do wileńskiego Muzeum Kolejnictwa.

Tutejsza makieta robi na mnie spore wrażenie. Naprawdę jest na czym oko zawiesić. Pozostaje jednak niedosyt, że nie było nikogo z obsługi aby uruchomić makietę. Stanowiłoby to istna wisienkę na torcie.

Pakujemy się do zabytkowej drewnianej windy z lat trzydziestych XX wieku.

Symulator maszynisty zrobił furorę.

Samo muzeum interesująco prezentuje zagadnienia związane z litewskim kolejnictwem. Nie wszystkie napisy przetłumaczone na angielski. Było to nieco wymagające zwłaszcza podczas grania. Szkoda, tym bardziej, że muzeum jest po gruntownym liftingu.

Ciekawy pomysł połączenia muzeum z normalnie funkcjonującym dworcem kolejowym. Celem zaznajomienia się z kolejną częścią ekspozycji musieliśmy przejść kładką nad jeżdżącymi pociągami.

Ekspozycja na zewnątrz raczej skromna. Do tego nikogo z obsługi, czułem się nieco dziwnie myszkując między torami. Momentami lekko zagubiony.

Wracamy na Stare Miasto. Wileńska Starówka w 1994 roku wpisana została na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. Zaczynamy od Ostrej Bramy. Brama Miednicka wiodąca w kierunku Mińska i Moskwy była jedną z pięciu bram XVI-wiecznych murów obronnych. Określana mianem Ostrej Bramy z racji swego usytuowania – południowy kraniec. Obraz Matki Boskiej powstał pomiędzy 1620 a 1630 rokiem.

Ulica Literatów, gdzie przed II wojną światową mieszkał Czesław Miłosz.

Mieści się tu także dom (nr 5), w którym pisał Adam Mickiewicz. Uważa się, że popełnił tutaj Grażynę, jak również drugą i czwartą część Dziadów.

Spacer po Wilnie satysfakcjonujący, nie mniej jednak w moim rankingu jest to najmniej urokliwa nadbałtycka stolica. Zdecydowanie bardziej podobał mi się Tallin, czy Ryga.

Bazylika archikatedralna jest jednym z kluczowych zabytków Wilna. Według lokalnych legend miejsce, w którym została wzniesiona – przed przyjęciem przez Litwę chrztu przez Wielkiego Księcia Mendoga – było pogańskim ołtarzem lub świątynią Perkuna. W chwili obecnej w jej murach spoczywają król Aleksander Jagiellończyk, serce Władysława IV Wazy oraz królowe – żony Zygmunta II Augusta: Elżbieta Habsburżanka i Barbara Radziwiłłówna.

Król Mendog – pierwszy i jedyny król Litwy. W XIII wieku zjednoczył rozproszone plemiona litewskie w jedno państwo.

Podejmujemy wyzwanie – nie odstrasza nas tutejsze pagórkowate ukształtowanie terenu i objeżdżamy Jezioro Szelment Wielki. W takich momentach czuć nutkę spełnienia. Całkowity wznios 207 m, dużo podjazdów, maksymalna prędkość na jednym ze zjazdów ponad 40 km/h – tutaj zacząłem się już nieco obawiać o Adasia. Nie mniej jednak, jak to dziecko – twardo do przodu. Naładowani pokaźną porcją endorfin wracamy do codzienności. Dystans lekko ponad 23 km. Tutejsze morenowe wzgórza zrobiły na nas wrażenie.

Niezmiernie spodobały nam się pokazy podczas Pikniku Lotniczego w Płocku stąd też był plan, aby odbić nad Jezioro Niegocin. W Giżycku przygotowano show rozgrywające się nad taflą wody. Nie mniej jednak mało sprzyjające warunki pogodowe powodują, że realizujemy plan B (dwa powalone, pokaźnych rozmiarów, drzewa na drodze krajowej numer 8 utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto zmienić pierwotne plany). Kierujemy się na zamek w Tykocinie. Pozostajemy tym samym w aktualnym kręgu zainteresowań Adasia. W 2021 warownia oglądana jedynie z zewnątrz. Tym razem zwiedzanie z przewodnikiem.

Szalejący żywioł zbiera swe żniwo – na zamku nie ma prądu. Swoją drogą zwiedzanie podziemi było ekscytujące.

Rekonstrukcja pieca zamkowego (wielki, modry) z początku XVII wieku.

Zwiedzanie raczej krótkie – około 40 minut, bowiem i ekspozycja skromna.

Rodzicem być: wspaniały dar i przywilej.
Generalnie rzecz ujmując to były satysfakcjonujące wakajkowe chwile.

Trasa w skrócie:
Długość: 1755 km
Czas podróży: 9 dni (skrócone o dwa dni z racji niewspółpracującej pogody)
Działamy Działamy dalej.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Tumblr
  • LinkedIn
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *