XXXIV. WROCŁAW MARATON – DYSTANS KRÓLEWSKI ZALICZONY

Maratończyk żąda od siebie więcej niż nakazuje rozsądek. Zmusza swoje ciało i umysł do niepojętego wyczynu, do przetrwania straszliwych trudów – a wszystko to w imię osiągnięcia czegoś, co jego zdaniem jest szlachetne i wartościoweDean Karnazes

Obecny sezon biegowy całkowicie mnie nie rozpieszczał. Kolejny start w mega upale za mną. Wychodzi na to, że wisienka na torcie po prostu musiała być nadzwyczaj wyborna.

1423Zaczynając od początku: tradycyjnie, wiele emocji towarzyszy mi podczas odbierania pakietu startowego.

1424

Po biciu rekordu pozostało ledwie wspomnienie. Plan B zakłada tempo na poziomie 4,5 godziny. Trzeba mierzyć siły na zamiary.

1425

W sobotę aż kipię ze szczęścia.

1426

Ołtarzyk już przygotowany.

1427

Jeszcze motywacyjna mocno energetyczna nuta i ogień!!! Ruszamy w stronę startu.

1428

Fotografia z pozostałymi Maratończykami, którzy będą już za chwilę zmagać się ze swoimi słabościami.

1429

Jak widać dobre humory to podstawa.

1430

Uchyliły się wrota, zawyły syreny. Wkraczam na autostradę do piekła…

Po raz pierwszy przemierzam Wrocław w biegowym wymiarze. Wyostrzam wszystkie zmysły. Pędzę przed siebie niczym wilk podążający tropem zwierzyny, na którą poluje. Odciągam umysł od tego, co negatywne. Wiem, że wytrzymam. Kwestia odpowiedniej presji, którą muszę wywrzeć na największym w chwili obecnej wrogu – moim umyśle. Walczę o zamknięcie kolejnego etapu. Działamy Działamy.

Trzeba pozbyć się demona strachu i należy przejść do działania.

Działanie mnie nakręca. Przyspieszam, wizualizuję etap do którego chcę dojść.

W poszukiwaniu skrawka cienia. Za kolejnym pokonanym zakrętem wypatrywałem Zuzanki. Moja psychika płatała mi figle. Okazuje się, że na każdym polu nie ma rzeczy stałych. Musimy pielęgnować w życiu to, co najważniejsze. Koło życia musi toczyć się w równomiernym tempie.

Pierwszy raz w mojej biegowej karierze doznałem uczucia bezsilności. Wysoka temperatura ponad 50 stopni przy asfalcie i 30 stopni w cieniu zmusiły mnie do kapitulacji.

Z racji poczucia beznadziei aż chciało mi się wyć. Na całe szczęście gdzieś z tyłu głowy resztki godności szeptały mi: Rumek nie daj się. Podejmuj walkę: jesteś Maratończykiem. Powoli parłem do przodu. Krok za krokiem, metr za metrem. 200 metrów marszem po czym 300 metrów kulawego truchtu. Potworne skurcze łydek, zawroty głowy. Dwa razy krew z nosa. Snułem się niczym zombie, biegiem z pewnością nie dało się tego nazwać. W pewnym momencie miałem wrażenie, że polewanie głowy wodą gów… daje. W tym miejscu dzięki Marcinowi, który wsparł mnie motywacyjnym gestem. Przetruchtał ze mną kilka kilometrów. W maratonie nie ma równych i równiejszych. Dana dyspozycja dnia, warunki i szereg innych czynników mogą spowodować, że możesz być wolniejszy niż wiele osób, które do tej pory zwykle wyprzedzałeś.

1431

Fajnie było pod koniec dystansu ponownie spotkać się z Ewą na trasie i wspólnie przekroczyć linię mety.

1432

Dziękuję Wam: Ewa i Marcin za ramię, na którym mogłem się wesprzeć i nie upaść po tym, jak za linią mety złapał mnie potworny skurcz. Dzięki Wam odebrałem swój ciężko wypracowany medal. Ponownie dowiedziałem się zaskakujących rzeczy na temat własnego organizmu. To jest po prostu niebywałe. Mimo wszystko nie czuję się, jak przegrany. Pomimo tego, że nie zrealizowałem początkowych założeń (finalny czas 05:10:21; open 3497/4125; M30: 1193). Dostałem solidny materiał do refleksji oraz sporą nauczkę, by odpowiednio wcześniej słuchać komunikatów, jakie daje mi mój organizm. O rany…, kolejny raz dowiedziałem się, że nie jestem niezniszczalny. To był szalony start. Potencjał jest duży, nie mniej jednak ambicja nie może przerosnąć aktualnej dyspozycji. Myśląc na chłodno jestem wdzięczny, że w ogóle ukończyłem ten bieg. Czego się nauczyłem: zawsze trzeba walczyć do końca. Siła, która drzemie w sercu człowieka jest nieodgadniona.

1433

Są łzy wzruszenia – cudownie uświadomić sobie, że zrealizowałem kolejny cel. Towarzyszy mi także wspaniała refleksja, że jeszcze wiele takich doniosłych chwil czeka na mnie w życiu. Coś pięknego!!!

1434

Szacunek dla Championa za fantastyczny czas, jaki wykręcił.

1435

Gromki doping Marty, Mamci i Championa mocno mi pomógł, gdy leciałem totalnie zrezygnowany, całkowicie nie dostrzegając linii mety. Szczerze mówiąc nie rozróżniałem słów, mój mózg nie mielił informacji nie mniej jednak pozytywna energia docierała do najmroczniejszych zakamarków duszy.

1436

Mierzymy sukces własną miarą. Ten start z pewnością przejdzie do mojej biegowej historii.

1437

Nastała era żywiołowo bijącego serca. Pora na kolejną symfonię. Nie wykorzystywanie własnego potencjału generuje głęboką skazę na naszym życiu. Pasja stanowi fantastyczną ucieczkę od rutyny. Wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos, aby doświadczyć ulotnej chwili oderwania się od prozy. Po dwóch latach dążenia do celu słyszę rozbrzmiewające fanfary. I o to właśnie chodzi. Korona jest moja!!! Me serce wypełnia tym większa radość, że sięgam po nią wraz z Championem. Kolejny etap wspólnej sportowej przygody mamy za sobą. Nie napiszę: udało się, bowiem nic nie było tutaj dziełem przypadku, a raczej zwieńczeniem okresu bardzo ciężkiej pracy związanej nie tylko z wymagającymi treningami i startami, ale z pogodzeniem naszych biegowych pasji z życiem codziennym. Inwestycja trwająca dwa lata zaprocentowała z nawiązką. Profity przerosły moje pierwotne oczekiwania.

Powstał nowy król na piedestale.

1438

Uwielbiam te chwile kiedy odczuwam ból przy wstawaniu, czy siadaniu. Nie mniej jednak wspólne spożywanie posiłku po morderczym maratońskim wysiłku stanowi wspaniałe doznanie.

Główny cel drugiego półrocza osiągnięty. W okresie regeneracji po wrocławskim maratonie będę miał czas, aby spokojnie pomyśleć, jaki wykonać kolejny krok… Jedno jest pewne: ZMIERZAM DALEJ w stronę samorealizacji. Zbyt dobrze poznałem wspaniały smak tego typu przygody, aby teraz odpuścić. Nie mniej jednak do końca roku czekają mnie starty z dużo bardziej luźnym nastawieniem. W grę wchodzi zdobywanie kolejnych doświadczeń i kumulowanie pozytywnej energii wynikającej z udanych potyczek startowych z samym sobą. Tylko i wyłącznie o to w całym tym procesie chodzi… Nie walczę o życiówki. Na etapie, na którym obecnie się znajduję nie mają one dla mnie większego znaczenia. Jestem ponad tym…

Teraz czas na wspólne świętowanie. Są powody do dumy, zadowolenia, satysfakcji… Po prostu jest moc. Czuję, jak wibruje w moim ciele i pozytywnie oddziałuje na każde moje działanie. Chcę więcej!!! Nie boję się użyć tego stwierdzenia: jestem uzależniony!!!

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Tumblr
  • LinkedIn
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF

Jedna myśl nt. „XXXIV. WROCŁAW MARATON – DYSTANS KRÓLEWSKI ZALICZONY

  1. Pingback: ORLEN WARSAW MARATHON | Inspirując do działania...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *