2014.11.08 GRAND PRIX WARSZAWY PO RAZ SIÓDMY

Kiedy wreszcie zrozumiemy, o co chodzi i weźmiemy pełną odpowiedzialność za to, co przydarza się nam w życiu, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że posiadamy moc potrzebną do tego, aby zmienić jego niefortunny bieg i stworzyć sobie na nowo takie, o jakim zawsze marzyliśmyRandy Gage

Łatwiej płynąć z nurtem rzeki niż kierować się pod prąd, ale i poczucie satysfakcji jest nieporównywalnie większe z chwilą gdy osiągamy nasze założenia działając na przekór trudnościom losu. Nasze subiektywne poczucie zadowolenia niezmiernie wzrasta w momencie, gdy utożsamiamy sobie, że zrobiliśmy coś nietuzinkowego, że wykonaliśmy rzecz, której statystyczny Polak nie podjął ze względu na towarzyszący inicjacji akcji strach. Strach przed nowym zamienia nas w słup soli. Stajemy niczym żona Lota przygnieceni natłokiem myśli zamiast podjąć choćby najmniejszą akcję. Im większy natłok myśli, kombinowania, tym cięższe mamy nogi i coraz trudniej przesunąć stopę choćby o jeden milimetr.  Pamiętajmy o tym, a w krytycznym momencie przesuńmy się po prostu choćby o kawałek do przodu i zaobserwujmy co się zacznie dziać…
Dziewiąty etap GPW 2014 miał miejsce w sobotę. Do Lasu Kabackiego udałem się wraz z ukochaną Żoneczką, która mi dzielnie kibicowała oraz wykonywała fotki.

Po raz ostatni w tym roku odbieram swój numer startowy – 228. Tym razem pobiegnę wspierając Mateusza. U tego 14-sto letniego chłopaka wykryto guza w rdzeniu kręgowym. Szansą na prawidłowe leczenie jest operacja w Niemczech. Dam z siebie dużo z nadzieją, że przysłużę się szczytnej sprawie, a operacja zostanie zwieńczona sukcesem.

229
Radość w trakcie rozgrzewki – cieszy fakt, gdy możesz swą pasję dzielić z najbliższą ci Osobą:

230

Chwila dla fotoreporterów, przynajmniej jednego 🙂

231

Końcowe odliczanie i zaraz zainicjuję ostatnie GPW w 2014 roku. Bieg, który rozegra się pod szyldem prawdziwych twardzieli...

Mimo gęstej mżawki po raz ostatni stanąłem na linii startowej, by pobiec dla własnego poczucia zadowolenia oraz w imię szczytnej idei związanej z akcją promowaną przez PKO.

233

Las przywitał mnie z jednej strony mrocznym i natrętnym wręcz opadem deszczu, z drugiej zaś dogasającym blaskiem pożółkłych liści, które stopniowo zaczęły podlegać procesowi wchłaniania przez runo leśne. Obraz piękny, inspirujący i wart tego, by przemoczyć się niemalże do suchej nitki.

Im bardziej zagłębiałem się w las, tym mocniej nasilały się opady deszczu. Woda spływająca obficie po mojej czapce biegowej mieszała się z potem. Finalnie byłem cały mokry, ale niezmiernie szczęśliwy, że udało się wykonywać kolejne, planowane założenie.  Z całego cyklu 9 biegów zrealizowałem 7. Nie ukrywam, że jestem z siebie zadowolony bowiem wymagało to dobrej organizacji czasu. Niewątpliwie, obok radości z wydzielających się endorfin, zasłużoną nagrodą będzie medal (do odbioru przy okazji następnego wydarzenia biegowego).

234

Mimo typowo jesiennych warunków tempo było ostre, wręcz mordercze. Jestem z siebie tym bardziej zadowolony bowiem około połowy dystansu złapałem swój własny rytm. Od tego momentu już nikt nie wyłonił się zza moich pleców, a ja sukcesywnie, wręcz ze stoickim spokojem wyprzedzałem kolejne osoby.

Finisz tym razem nie był tak mocny, jak ostatnio, jednak mimo to jeden z biegaczy, który podjął walkę na ostatnich metrach odpuścił. Ja nie odpuszczam… Taka moja barania natura.

Na deser pozostaje wynik. Tym razem dystans 10 km pokonałem w czasie: 00:49:01. Nie kryję, że jestem mocno zaskoczony rezultatem. Zwłaszcza, że bieg miał miejsce po powrocie z delegacji z firmy Kaps. Wyjątkowo mało czasu na regenerację, kombinowanie z menu w przeddzień startu oraz intensywne tempo ostatnich kilku dni nie przeszkodziło mi we wspięciu się na takie wyżyny. Okazuje się, że odpowiednie paliwo, którym zasilam mój organizm czyni niemalże cuda...

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Tumblr
  • LinkedIn
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *